eduskrypt.pl - platforma nominowana do WORLD SUMMIT AWARD 2007

Wyprawa Trackim Szlakiem, czyli na tropie antycznej cywilizacji i najlepszych bułgarskich winnic

Czerwiec w Bułgarii jest zazwyczaj upalny i słoneczny, ziemia w górach zamienia się w suchy puder drapiący w nos i zalegający w każdej szczelinie samochodu, a słońce praży od wczesnego ranka do późnego wieczoru … tak jest zawsze. W tym roku wszystko jednak było inaczej – począwszy od śniegu zalegającego na górskich przełęczach, kiedy w kwietniu  wyznaczaliśmy trasę, przez upały w maju po gigantyczne gradowe burze w czerwcu. Bałkańskie bezdroża wreszcie pokazały nam pazur !

Pomysł na trasę był prosty – przejechać rozległym terytorium, w czasach antycznych zamieszkanym przez indoeuropejski lud Traków, o których niezwykłej kulturze i bogactwie pisał Homer i Herodot. Trasa wiodła więc  bułgarsko-greckim pograniczem w Rodopach, przez Tracką Dolinę, Starą Płaninę aż po Morze Czarne.

Wszystko zaczęło się w chłodny poranek końcem maja, kilkadziesiąt kilometrów na wschód od Sofii.

Ambitne plany szybkiego wyruszenia w trasę popsuło niedomówienie – jedna załoga funkcjonowała nadal wedle czasu polskiego, co dało nam ponad godzinę opóźnienia. Nie ma tego złego co by na dobre nie wyszło – czekając na parkingu zdążyliśmy się lekko zintegrować i parę minut przed 11 ruszyliśmy na południowy wschód.

Po kilku kilometrach jazdy asfaltem ruszyliśmy szutrami w stronę majaczącego przed nami masywu Rodopów, pokonując pierwsze przewyższenie (1000 metrów) i korzystając z chwili słońca żeby wspiąć się na skalny punkt widokowy, z którego rozpościerała się szeroka panorama gór, które w kolejnych dniach chcieliśmy przemierzyć.

Inaugurujący nocleg spędziliśmy nad brzegiem jeziora Batak, w akompaniamencie rechotu żab i dzwonków pasących się nieopodal koni. Poranek nad Batakiem okazała się bardzo aktywny – część ekipy wróciła kilkanaście kilometrów w poszukiwaniu zgubionej w ferworze walki z błotem tablicy rejestracyjnej Pajero, a reszta odbyła poranne manewry podczas wyciągania L200 z nie-tak-płytkiego (jakby się wydawało) błota. Po aktywnościach poranka przyszedł też czas na zwiedzanie pobliskiej cerkwi oraz  pachnącą kawę i tradycyjne zapiekane kanapki z serem kashkaval, a także sesję zdjęciową pod samolotem-pomnikiem zainstalowanym tu w ramach „czynu społecznego” w 1949 roku. 

 Kolejne dni to przeprawa przez rodopskie przełęcze, wyścig z deszczem i codzienne uczty w lokalnych knajpkach - po zjedzeniu domowych mekitsi baliśmy się nawet przeciążenia samochodów, a Ryśkowe możliwości picia mleka prosto od krowy wprawiły lokalnych w osłupienie. Zanim dotarliśmy do Diabelskiego kanionu, nasze maszyny pokonały podjazd na zawieszone nad przepaścią „Orłowe oko”, miejsce z którego widać prawdziwy ogrom marmurowych kanionów tego regionu. Jest to także teren zmagań bułgarskich off roaderów – co było nie tylko widoczne, a przede wszystkim odczuwalne – żadne ze zrobionych wtedy przeze mnie zdjęć nie wyszło ostre.

Przez chwilę byliśmy też w Grecji, która wydała mi się bardziej zielona i deszczowa niż kiedykolwiek – Arek próbował nawet podjechać na stromy, graniczny szczyt, niestety przegrał ta konkurencję z mokrą trawą.

Następne dni to jazda po karmieniach i szutrach, eksploracja diabelskiej jaskini a także wieczór pełen lokalnych specjałów przygotowany dla nas przez Panią Zvezdicę.  W okolicy wsi Mugła spędziliśmy miłe przedpołudnie na szerokiej leśnej polanie – część z nas przygotowywała kawę (podłączany do zapalniczki czajnik Zdzisława i Oli okazał się towarem mocno pożądanym), inni bawili się kręcąc w miękkim błocie „bączki”, a reszta leniwie się temu wszystkiemu przyglądała.                                                        

Szczęśliwie dla nas, po pierwszych deszczowych dniach pokazało się słońce – przywitało nas o poranku,  na wysokości 1850 m n.p.m. a z każdym przejechanym metrem w dół robiło się cieplej. Tego dnia wspinając się na szczyt twierdzy cara Asena, przyglądając się wygrzewającym się na skałach jaszczurkom czuliśmy się już całkiem „czarnomorsko”.

Zadowoleni z dobrej pogody ruszyliśmy w kierunku Plovdiv, by ostatnie dni wyprawy poświęcić na przejazd Tracką Doliną w masyw Starej Płaniny, eksplorację „niebieskich skał” – które nie wiedzieć czemu są czerwone i dojazd do wyczekiwanego przez wszystkich Morza Czarnego. Trasa przez Starą Płaninę miała ponad 150 kilometrów, a plenery zmieniły się nie do poznania - królowały szutry i asfalt tak dziurawy, że trudno to sobie nawet wyobrazić. Był też czas na relaks i gęstą, aromatyczną kawę we wspaniale odrestaurowanej XIX-wiecznej wiosce – Jerevnie, w której zostaliśmy na nocleg w tradycyjnym, drewnianym  ale komfortowy dom. Po kilku nocach spędzonych w leśnej głuszy była to całkiem miła odmiana.


W sobotę 5 czerwca, po zaskakującej błotnej przeprawie naszym oczom ukazało się morze i biała wieża latarni morskiej na klifie przylądka Emine !!!
Ostatnie metry były testem naszych AT-ków i MT-ków na rozgrzanym morskim piasku, po którym pozostało już tylko wybranie miejsca na nocleg z najlepszym widokiem na wschód słońca…



Wyprawę zakończyliśmy ogniskiem na plaży, przy którym snucie planów dalszych eskapad szło nam nadzwyczaj gładko. 








Pożegnaliśmy się rano, choć nie na długo – z załogą L200 i Pajero jeszcze tego wieczoru spacerowaliśmy po krętych uliczkach Nesseberu – antycznego miasta, założonego przez plemiona Trackie pod nazwą Menebria około 6 wieku p.n.e. ale to już całkiem inna historia….













I Ty Przeżyj swoją historię z www.balkan4x4.pl
 

-----------------------------------------------------------------------
Tekst: Natasza Styczyńska
Zdjęcia: Anita i Arkadiusz Leśniak

 góra strony




Koszyk jest pusty
Zaloguj się:

adres e-mail:

hasło:
   
« Zarejestruj się
Wpisz pobrany
kod dostępu:
 
Polecamy:
















Google
    
UWAGA! Ten serwis używa plików cookies i podobnych technologii, proszę zapoznać się z polityką prywatności platformy edukacyjnej eduskrypt.pl
ZAMKNIJ