eduskrypt.pl - platforma nominowana do WORLD SUMMIT AWARD 2007

WŁOCHY

Kiedy wyobrażamy sobie naszą wymarzoną podróż do kraju , w którym poczęło się nasze kulturowe „ego” , w najrozmaitszych refleksjach , tak bardzo pragniemy poczuć smak dobra krainy słońca: wino , gaje oliwne , cytrusy , lazurowe podwoje niebios rozgrzanych południowym słońcem. Taki obraz naszego oczekiwania jest jak najbardziej prawdziwy, a kiedy wrócimy z wczasów, wycieczki objazdowej zaglądając po trosze w różne zakątki śródziemnomorskich rozmaitości ITALII, zadajemy sobie wiele pytań, na które szukamy odpowiedzi w następnych podróżach po włoskim świecie.

Tak, to jest bez wątpienia kraj, który wymusza na nas powroty do jego historii, współczesności, no i oczywiście niewypowiedzianego piękna natury.
Półwysep Apeniński wrzyna się swym „kozaczym” konturem w basen morza śródziemnego, którego naturalne granice wybrzeży jak sięgnąć wzrokiem powlekane są lazurową wodą słonego morza. Od strony zachodniej – Liguryjskiego i Tyrreńskiego, od południowej Jońskiego i wschodniej – Adriatyckiego, z którym graniczy laguna wenecka sięgająca swym obszarem aż 55.000 hektarów powierzchni wody i lądu. Natura wybrzeża Italii jest oczywiście uzbrojona, w archipelagi, do nich należące półwyspy, wyspy, plaże piaszczyste jak i skalne.
Jeżeli wybieramy się przykładowo na COSTA AMALFITANA, to chodzi oczywiście o wybrzeże skalne, a jeśli kierujemy się na RIWIERA ADRIATICA, to będzie to bez wątpienia urodzaj piaszczystych plaż i nie oburzajcie się, jeśli jest czarna – nie jest brudna, to piasek wulkaniczny, często spotykany na plażach południowej Italii. Gdyby w wyobraźni sięgnąć po mapę Włoch, pierwszym archipelagiem morza tyrańskiego dającym się zauważyć jest archipelag toskański, do którego należy górzysta wyspa Elba, która wraca do łask turystycznych, przypominając także o swej historii związanej z pobytem na jej małej powierzchni -wielkiego Napoleona. Dalej na południe wybrzeża tyrreńskiego, w południowej Kampanii ograniczony od strony północnej BAIA DOMIZIA, a od strony południowej półwyspem SORENTYŃSKIM archipelag Kamański, ze swoją stolicą NAPOLI i uśpionym żywiołem WEZUWIUSZA. Udając się tam, to tak jakby być w „prawdziwej Italii”. Ta mieszanina ludzkich ras śródziemnomorskich baz samostanowienia, manifestowania jakiegokolwiek nacjonalizmu dla nas obcych nie jest niczym obojętnym; może być odczuciem pozytywnym, a dla innych negatywnym, lecz z pewnością ta swoista awangarda zachowań ludzkich południa Włoch, jest odzwierciedleniem historii. Antyczne odkryte z popiołu Pompeje były przykładem pewnej (zachowanej do dziś) symbiozy, gdzie życie obok siebie obcych kulturowo ludzi nie przysparzało nikomu najmniejszych problemów. Samnici, Joszowie, Grecy i Rzymianie, wielobogowość, jakże zróżnicowana filozofia życia, nie była wstanie zachwiać wspólnego dobra – miasta żyjącego z handlu, otwartego na wszystko i wszystkich. Uciekający z Rzymu Wergiliusz - filozof, żyjący na przełomie przemian politycznych kończącej się republiki rzymskiej, a rozpoczynającej się epoki imperium, jadąc do Kampanii pisał „moja łódź płynie ku błogiej przystani…” I dla mnie dziś Kampania w całym jej majestacie natury, wybrzeża, wysp Capri, Ischi, nadzwyczajnej wegetacji, historii miast: Nea-polis, Cumae, Ercolano, Pompei, Capua, słynnych gladiatorów, istnienie Solfatary i Wezuwiusza, to wszystko jest przystanią błogości, w której po dziś dzień czuje się obecność wszystkich bogów. Niech będzie dla nas wszystkich ten obszar świata upragnioną arkadią, gdzie tłumy tamtejszych tubylców w swych gestach i ruchach pełnych temperamentu, przypominać nam będą żywy krok narodowego tańca – taranteli, gdzie na wybrzeżu (zniewolonego Neapolu) Santa Lucia, ludzie piekąc ubogie placki (pizza) w podskokach wykrzykiwali: „niech żyje Francja, niech żyje Hiszpania, dopóki się je”.
Pamiętam moje obawy o siebie samego, udając się w podróż do Kalabrii i na Sycylię. Wynikały one z wcześniejszego wczytywania się z różnych przekazów o zagrożeniach związanych z tamtejszą mafią. Dziś wiem, że nie jest zbiegiem okoliczności fakt, że przez czas ponad dziesięcioletnich podróży po Italii, gdzie niejednokrotnie w mojej ciekawości, także i pewnej niewiedzy docierałem do miejsc okrytych tajemnicą „niezależnej organizacji”, jestem cały i zdrów.
Kiedy przejechałem z Sorento do Salerno, wykutą w skale trasą – Costa Amalfitana, tak zachwycony architekturą miast wiszących nad wodą morza, mieniących się w słońcu kopuł obiektów sakralnych strojonych malowaną ręcznie ceramiką (maiolica), wybielonych jakby arabskich fasad budynków, zapomniałem o moich lękach związanych z mafią. Jedyną potęgą, do której czułem respekt była otaczająca mnie natura. Amalfi – stolica niegdyś silnej republiki morskiej, to tutaj powstały prawa morskie, które były przykładem dla późniejszych potęg morskich: Pizy, Genui, Wenecji, to także tutaj Flavio Gioia stworzył mechanizm busoli. Od Salerno jadąc dalej na południe wzdłuż morza, rozciąga się dosyć spora nizina południowej kampanii, na której dostrzegłem rozległe pastwiska dziwnie wyglądającej krowy, trochę z żubra, byka, no i krowy. To bufala, z mleka tej bestii otrzymuje się najlepszą i najdroższą mozarellę. Zatrzymałem się w okolicach Pestum i tam w niewielkiej tawernie, miałem okazję posmakować przepysznej sałatki – mozarella z bufali, słodki pomidor, w oliwie ze świeżą bazylią, do tego młode, szalone, czerwone, kampańskie wino, jak mnie zapewniono z najlepszych kantyn winnych u podnóża Wezuwiusza. Na drugie danie małe rybki morskie – alici, również w oliwie z ostrą peperoncino, a na deser cafe i słodycz likieru z cedro (gigantycznej cytryny).
Wróciłem pamięcią do Pompei, gdzie na rogach ulic do dziś zachowane są kamienne lady barów szybkiej obsługi, a w nich umieszczone amfory, niegdyś wypełnione winem, piwem i sosem garu. Goście handlowego miasta w pośpiechu podróży, mieli okazję przekąsić coś dobrego, korzystając z przygotowanego menu. Zatłoczona, mała tawerna, w której zaspokoiłem głód właściwie niczym się nie różniła, a zasada szybkich barów pozostała nam do dziś, zachowana w sieci Mc. Donald i innych.
Pestum, czyli Poseidonia grecka to następna „oaza” doskonałości architektury świątyń greckich, lecz niestety bez skutku poszukiwałem słynnych róż z Pestum, które były inspiracją wielu poezji pisanych w różnych zakątkach świata. O mafii i strachu przypomniałem sobie przejeżdżając obok miasta Eboli. Tutaj według Carla Levi miał zatrzymać się Chrystus, a dalej, co? Czyżby otchłań zła? Przekraczając granicę północno-zachodniej Kalabrii, moje myśli i pamięć zamilkły i tylko w duchu powtarzałem słowa, „niewypowiedziane piękno”. Przepiękna Kampania, Wergiliuszowa Arkadia, była preludium cudów natury, jakie niosła ze sobą w moich odczuciach – Kalabria. Po dziś dzień dziwię się Carlo Levi, że w swojej powieści „Chrystus zatrzymał się w Eboli”, życie południowej społeczności postrzega jako problem. Życie mitem i oddanie hołdu panom przyrodzonym, ludzi uwikłanych w wiele sprzeczności, na których nieszczęściu żeruje mafia. Uwierzcie mi, gdy zajrzałem do miast i środowisk tego regionu, także i kultur albańskich osiadłych tutaj od XV wieku, kiedy rozmawiałem i pytałem o postrzegany przez Carlo Levi problem z tutejszą społecznością, nie zauważyłem w całej prostocie i szczerości wypowiedzi, zachowaniu tych ludzi jakiegokolwiek lamentu. Zgadzam się, że taki styl bycia, nie jest zgodny z duchem współczesnej Europy, jednakże czy życie w otulinie mitów jest dla kogokolwiek krzywdzące? Pamiętam dzień Bożego Ciała w małym miasteczku kalabryjskim – Sangineto Paese. Jedyny kościół w centrum roztaczającego się na wzgórzu miasta i ok. 250 mieszkańców, bo tyle liczy sobie mieszkańców Sangineto wychodzi w procesji ze świątyni na czele, której idzie ksiądz (pleban), wójt miasta (pan) i szef pobliskiego ośrodka turystycznego nad morzem, którego w nawiasie przedstawię (CAPO).
Ta bardzo ważna dla życia i rozwoju miasta „trójca” osobistości, pamiętnego wieczoru święta Bożego Ciała, zafundowała (miejskiej społeczności, jak i przybywającym licznie z okolic turystom) nocną fiestę. Prawdziwa baśniowa noc, gdzie częścią oficjalną było przywitanie wszystkich tutejszych i obcych przez „trójcę” i zaproszenie na kolację, która pod gołym sklepieniem nieba, odbyła się na placyku głównym przed kościołem (dodam, przy otwartych drzwiach świątyni). Młode wino serwowane do kolacji, którego niezmierne ilości wypili goszczący, dało się we znaki swawoli i tańca. Bawili się wszyscy razem, na placu, tarasach i balkonach otaczających nas kamienic, a przed otwartymi drzwiami kościoła wójt wesoło śpiewał kalabryjskie pieśni. Po dłuższym czasie wspólnej zabawy, uraczona winem „trójca” wykrzykiwała- viva Papa! Viva Polonia!, po czym w odwecie jeden z turystów polskich, aby nie być dłużnym swojemu zadowoleniu, przekrzykiwał przez mikrofon- viva Italia! Viva la mafia! I tak popadli sobie w ramiona, a brudzia nie było końca.
Wielokrotnie wracałem do tego miasteczka, nie tylko patrząc na święta i zabawy, ale przyglądając się bacznie życiu codziennemu. Ci sami ludzie z uśmiechem i pieśnią na ustach wyruszają dzień w dzień do swoich obowiązków: upraw, rzemiosła, artyzmu i sprzedają owoce swojej pracy jakby z ręki do ręki, gdzie nie dotyczą ich fiskusy, PIT-y i godło narodu włoskiego. Oni są tutejsi, a ich interesy poza granicami miasta załatwiają tutejsi panowie: Pleban, Pan i Capo.
Polecam bardzo odwiedzenie parku narodowego Sila w Kalabrii, tam spotkać można gatunek drzewa (Pinia-Lorica), który w czasach antycznych był powszechnym dla środkowej i południowej Italii. Dziś zaledwie kilkanaście zachowanych gigantycznych drzew (wysokość do 60m), to gospodarka czasów antycznych doprowadziła do zupełnego wycięcia lasów tego gatunku. Przykładem będzie chociażby czas panowania Kaliguli, który nakazał przewiezienie z forum Aleksandryjskiego (Egiptu) obelisków. Olbrzymie galery transportowe budowane były właśnie z tych drzew. Historia podaje, że średnica podstawy pnia była tak ogromna, iż pięciu mężczyzn rozkładających ramiona nie było w stanie go objąć.
Ze środkowego wybrzeża Kalabrii, morza tyrańskiego, szybką łodzią w czasie ok.3 godzin dopłynąć można do archipelagu Wysp Eolskich (Liparyjskich). W programie wycieczkowym po archipelagu łódź zatrzymuje się na wybrzeżu trzech wysp: Lipari, Vulcano i Stromboli. To przede wszystkim piękno natury tych wysp powulkanicznych jest główną atrakcją. Każda z nich ma odrębną, własną barwę: Lipari, stolica archipelagu to szklisto-czarna barwa obsydianu, który bez wątpienia w czasach jeszcze średniego neolitu był powodem zasiedlenia wyspy. Ten powulkaniczny minerał (przypominający czarne szkło) wykorzystywany był w celach praktycznych, na przykład w produkcji ostrzy różnych narzędzi. W czasach, kiedy nie znano żelaza, panowie mogli z dużą precyzją ogolić twarz. W miejskim muzeum odnaleźć można pamiątki z działalności człowieka z przed 3,5 tysiąca lat.
Wyspa Vulcano położona najbliżej wybrzeża Sycylii, to najprawdopodobniej tutaj zatrzymał się Odys uciekający z wyspy jednookich cyklopów (Sycylii), gdzie królował Eol, bóg wiatrów. Dziś na wyspie tej skorzystać można z błotnej kąpieli siarkowo - wodorowej, która oczyszcza skórę i przepędza boleści reumatyczne (uwaga na biżuterię reagującą z siarką, czernieje po krótkim czasie). Z błota wypłukać się można w morzu z dna, którego wydobywają się pod dużym ciśnieniem gazy dające efekt naturalnego jacuzzi (temp. Błota ok. 50 stopni, w miejscach wybijających tzw. fumaroli do 70 stopni, nie odnotowano oparzeń ciała).
Wyspa Stromboli, to oczywiście aktywny wulkan, którego erupcja odczuwalna na wyspie jest średnio, co 30 min. Na wyspie tej mieszka ok.400 stałych osadników, głównie rybaków. Dziwne jest to, że u podnóża krateru w takim spokoju mieszka tylu ludzi. Najtańszymi pamiątkami z wysp eolskich będą ich naturalne minerały, które wystarczy podnieść z ziemi. Z Lipami- obsydian, o który nieco trudniej, ale za grosze w miasteczku kawałek tego minerału można kupić od chłopców sprzedających na uliczkach miasta, z Vulcano bez problemu można zabrać ze sobą kawałek siarki, a ze Stromboli pumeks szaro-grafitowy, którego mnóstwo leży na plaży. Oczywiście lasy i wyspy to nie cała Kalabria, polecam szczególnie zobaczenie takich miast jak: Tropea, Diamante, Maratea, Paola, Rosano, Reggio (stąd wywodzi się nasz hymn narodowy) i inne.
Z miasta Willa San Giovanni wypływają często promy pasażerskie do Messyny na Sycylii, podróż przez cieśninę trwa ok.30 min. To największa wyspa Włoch, która liczy ponad 5 milionów mieszkańców, posiada własny parlament, a jej stolicą jest Palermo. Herbem wyspy jest trinakla, która korpusem swym przedstawia słońce, z którego odchodzą trzy kończyny zakończone stopą. Chodzi oczywiście o wyspę słońca i jej kształt przypominający swym konturem trójkąt.
Sycylia oczywiście jak całe południe Włoch w czasach antycznych należała do tzw. „wielkiej Grecji”, to też i dziś zachowuje charakter hellenistyczny, olbrzymią ilość pamiątek po kulturze greckiej zobaczyć można w miejscach takich jak: Święte Wzgórze Agrigento, wyrobiska skalne (latomie) Syrakuz, Segesta, która w prawie wszystkich opisach uważana jest za świątynię grecką, chodź ja do końca nie jestem pewien, czy aby na pewno była to świątynia, a nie grecki gmach targowy (handlowy), pocieszna i jakże pełna artyzmu Taormina, Selinute i Ragusa. To najmniej zlatynizowana część „wielkiej Grecji” z czasów panowania Rzymu, do dziś dialekt sycylijski fonetycznie odnosi się do mieszanki języków: arabskiego, hiszpańskiego i francuskiego, co uzasadnia historia. Nie dziwne jest, więc powiedzenie na północy Włoch, że południe, a właściwie od Rzymu na południe to Afryka, czy też złośliwie „pomieszanie małpy z osłem”.
Krzywdzące epitety północnych Włochów na pewno nie odnoszą się do żadnej prawdy, lecz ubogiego stanu duchowego tamtejszej ludności. Mistrzowie arabscy na Sycylii pozostawili wiele z własnej architektury, zresztą od XI wieku na polecenie Normanów upowszechnianie kultu chrześcijańskiego zawdzięczamy mistrzom bizantyjskim, którzy w tak obrazowy sposób w swych mozaikach opowiadali o symbolach, jakże ważnych dla wczesnego chrześcijaństwa. Polecam szczególnie odwiedzenie: Cefalu (katedra), Montreale (wzgórze królewskie), Palermo (katedra, kaplica palatyńska).
Sycylia to nie tylko jej charakter grecki i arabsko-bizantyjski, ale także „Cosa-Nostra”. Mówi się, że kopułą „naszej sprawy” jest Palermo, a kolebką Corleone. To bardzo względne i ogólne określenie, być może dziś stolicą jest Ameryka? Właśnie tam mafia sycylijska rosła w siłę i powróciła do swego gniazda po wygnaniu za czasów jednoczącej się Italii XIX wieku (słynna noc tysiąca Garibaldiego). To oczywiście temat, który nie dawał mi spokoju i kiedy nadarzyła się sprzyjająca okazja poznania miejsc bliskich mafii szukałem poznania odpowiedniej „protekcji”, aby zobaczyć nieznane mi, pewnie ciekawe miejsca. I tak też się stało. Nieopodal Palermo o niewielkim miasteczku Terasini, mówiono - niebezpieczne. Tam poznałem miłego i tajemniczego człowieka o imieniu Vito, byliśmy w tamtym czasie, w wykonywanych przez nas obowiązkach poniekąd zależni od siebie. Współpraca nasza absolutnie nie nawiązywała do żadnych spraw mafijnych, ale o Vito krążyły plotki, że na pewno jest w „organizacji”. Któregoś dnia odważyłem się zapytać Vita bez pardonu o mafię. Vito roześmiał się tajemniczo i zapytał - „chcesz zobaczyć ludzi mafii? Przecież Oni Ciebie otaczają” – wskazując na wszystkich dookoła z pobliskiego towarzystwa. Odparłem nieco zmieszany - „no to bardzo mi miło poznać mafię w takim wydaniu”. Vito nie podtrzymywał tematu, ale pewnie szanując moją ciekawość wskazał palcem na dziewczynę o imieniu Roberta i powiedział - „Roberta pokaż Silvestro rodzinne miejsca wuja Giuliano”. Roberta bez zachwiania, jak na rozkaz zaprosiła mnie do samochodu i odjechaliśmy. Podczas prawie godzinnej podróży dowiedziałem się, kim jest Giuliano, a określenie Go wujem przez Vito było przenośnią, odnosząc się do bohatera narodowego Sycylii, dzięki któremu Sycylia zachowuje po dziś dzień pewną, symboliczną niezależność. Bandito Giuliano Salvatore, u schyłku II wojny światowej poprzez konflikt z władzami i prawem partii lewicowych stał się przywódcą „organizacji”. W roku 1947 napisał list do prezydenta USA Trumana, prosząc o pomoc w wyrwaniu się z jarzma komunistycznej władzy i zaboru Sycylii ze strony Włoch. Był młodym człowiekiem, który zginął w 1950r. w strzelaninie ulicznej. Dojechaliśmy do małego miasteczka, Montelepre, w którym mieszkała Roberta, ale także niegdyś Giuliano. Roberta zatrzymała się przed Jego skromnym domem, a przed nim czekał z kluczami w dłoniach człowiek, którego cechą charakterystyczną było nakrycie głowy. Beret koloru czarnego, a na nim przypięta złota trinakla. Nie zdążyłem zadać pytania, a On widząc moje zdziwienie, powiedział – „jestem tutaj z polecenia Vito, ty jak wiem jesteś Silvestro, a ja jestem siostrzeńcem Giuliano”. Spytałem o nakrycie głowy, a On odpowiedział - „mój beret jest symbolem niezależności Sycylii, o którą walczył mój wuj i do dziś walczy nasza organizacja poprzez parlament Sycylii”. Oprowadził mnie po domu Giuliana, podkreślając skromność osoby i życia wielkiego bohatera. To nie było absolutnie muzeum i zrozumiałem, że drzwi tego domu otwarte są tylko dla mnie. Kupiłem książkę o życiu Giuliano Salvatore, którą do dziś tłumaczę, a przez tę literaturę świat współczesnej Sycylii w moich oczach jest na pewno odmienny od utartych przekonań. Oczywiście wizyta moja zwieńczona była kolacją w „pałacu” rodziny Giuliano, gdzie wszyscy, których tam poznałem, obnosili się „symbolem niezależności”. W drodze powrotnej Roberta opowiadała jeszcze o Giuliano, a w ostatnich słowach podkreśliła – „my z Montelepre, Terasini i całej Sycylii, jesteśmy jedną rodziną i nie trzeba nas szukać”. Moje gesty, myślenie o Sycylii zmieniło się i wędrując dalej po wyspie, przez Corleone, najwyżej położoną na wyspie ubogą Ennę, rozgorzałą Etnę, kamienne Erice, wszędzie tam czułem zmieszany mit bogów greckich z duchem niezależności, ludzi Sycylii, jakże odrębnej od reszty Italii. Polecam spróbować sycylijskiego wina (marsala), deseru casata siciliana, a w Erice zakupienie w małych pracowniach artystycznych ręcznie malowaną ceramikę.
Na Etnie koniecznie degustujecie „fuoco del Etna”, likier 50% i 70%. Czar południa Italii polega oczywiście na mitach historii wmieszanych w rzeczywistość, a może w życie tamtejszych mieszkańców oderwanych od rzeczywistości? Italia to kraj 1.500 dialektów, wielu miejskich kantylen, różnych kultur, dziejów państw - miast, księstw, republik i dopiero od 1860 roku powolne łączenie w jedno ciało pierwszego, niezależnego, zjednoczonego, pierwszego, państwa włoskiego. Państwo włoskie jest i istnieje jednakże dzięki wrodzonej od czasów rzymskich tolerancji. Rzym od zarania tworzył: królestwo (etruskie), następnie republikę, później cesarstwo, lecz nigdy „państwo rzymskie”. Ta olbrzymia kulturowa, religijna tolerancja rzymskiej filozofii istnienia bez wątpienia daje możliwość utrzymania współczesnego państwa włoskiego, i nie tylko. Państwo kościelne, republika San Marino, to przecież niezależne struktury państwowe leżące na terenie półwyspu apenińskiego.
Pewni możemy być, że współcześni Włosi, to jakże antyczni rzymianie, to także i my – Europejczycy.
Zachęcam również do odwiedzenia szlaków Dolomitów włoskich, gdzie ok. 400 miliona lat temu, w tropikalnym klimacie rozpoczęły się procesy górotwórcze. Od wybuchających wulkanów dających podstawę (platformę) dzisiejszych, wapiennych szczytów pochodzenia morskiego, aż po położoną u podnóża rozległą Dolinę Padu, która w trzecio i czwartorzędzie łączyła się z resztą półwyspu apenińskiego. Piaszczyste tereny Padanii wzbogacone lotnymi substancjami wulkanicznymi (bogatymi w fosfor), dają dziś żyzną i największą platformę uprawną Włoch. Z Alp i Apenin płyną nie spławne, o kresowych źródłach rzeki, te najdłuższe to: Pad (652 km) wpływający do Adriatyku, królowa rzek wypływająca z Apenin Tyber, wpadający do morza Tyrańskiego na wysokości Ostii oddalonej od Rzymu ok.25 km, no i żywiołowa Arno przepływająca przez Florencję, Pizę, aż po Livorno. Jeziora włoskie dzielą się na lejowate, polodowcowe (największe Garda), jak i owalne, powulkaniczne (Bolesna, Trazymeńskie, Albano).
Kiedy wybierzecie się na górskie szlaki Dolomitów polecam spróbowanie w schroniskach (rifugio), z różnych owoców grappy (wódki), której podstawą produkcji są winogrona. W zimie podczas uprawiania śnieżnego szaleństwa, wieczorem wskazane jest wino Marzzemino (najlepsze z winnic Trentino), oraz bombardino (kawa z ajerkoniakiem, brendy i bitą śmietaną). Szlaki górskie w dolomitach oznaczone są numerami i nieistotny jest kolor, często prowadzą one wzdłuż i w poprzek piargów, jak i kosodrzewiny. Najtrudniejsze szlaki zwane są ferrata i wymagają od turystów odpowiedniego przygotowania, a przede wszystkim respektu. Polecam przemierzanie szlaków górskich z przewodnikiem, zwłaszcza na szlakach ferraty. Moją ulubioną i najbardziej znaną częścią dolomitów, są okolice Cortiny D Ampezzo. Spektakularna ferrata „Ivano Dibona”, Tre Cime di Lavaredo, jezioro Misurina, koronkowe Marmarole, majestatyczne Pelmo (tron Boga), lodowiec Antelao, to niezapomniane wrażenia, nie tylko natury gór, ale także spotykane często na szlaku pamiątki walk z okresu I wojny o granice Włoch i Austrii. Słynna góra Paterno we wnętrzu, której zachowane są do dziś labirynty szlaku wojennego, oraz kaplice i obeliski upamiętniające u podnóża szczytów Lavaredo granice państw i poległych w walce.
W wyniku martyrologii historii dziś i tutaj interesy różnego pochodzenia muszą ze sobą współżyć. Ludy tyrrenii, postawy zaszłości panów weneckich, słowiańskie i germańskie szczepy, pozostawiły po sobie urodzaj dialektów, obcego języka, jak i różnych aranżacji życiowych. Ubogi artyzm Tyrolu dopięty na przysłowiowy „ostatni guzik”, przeplatający się ze śródziemnomorskim pozornym bałaganem, pozostałość antycznych szlaków Alemanii, niegdyś drogi handlowej łączącej porty Adriatyku z Germanią, wijącej się między osadami Ladynów i pałacami z czasów najjaśniejszej republiki weneckiej, ginie gdzieś w cieniu powagi wysokich szczytów. Jakże radośnie mi było, gdy w jednym ze schronisk Alp Julijskich mówiono dialektem, który jest połączeniem języka słoweńskiego i łacińskiego. Tutaj właśnie mogłem powiedzieć tak zwyczajnie do barmana –„mi dai pivo!” Hm – jakże łaciński jest nasz język polski i chodź wtedy była to dla mnie krótka refleksja, to możemy być pewni, że biblia w wydaniu polskim brzmi o wiele bardziej „święcie”, jak na przykład w języku francuskim.
Często słyszałem opinie negatywne od znajomych, którzy odpoczywali nad Morzem Adriatyckim w okolicach Rimini. Narzekali, to na standard hoteli, plażę, itd. Centrum Riwiery adriatyckiej, to pas 25km odcinka wzdłuż morza zagospodarowanego zabudową około 1600 hoteli, barów, dyskotek, parków wodnych, delfinariów i innych atrakcji administracyjnie należącego do Rimini. Miejsce to faktycznie jest raczej dedykowane turystom, którym nie przeszkadza ciasnota na plaży, blisko ustawionych obok siebie leżaków, nocny hałas dyskotek i wyjących do rana silników małych motorynek, jak i sprzedawany w butikach powtarzający się asortyment plażowy, oraz kiczowate pamiątki. Jednakże, jeżeli ktoś odpoczywając w Rimini, będzie chciał prócz morza zażyć innych emocji, to polecam centrum miasta w głębi lądu. Tutaj stoi najstarszy łuk tryumfalny z czasów cesarstwa rzymskiego, Augusta Oktawiana. Zachowany i używany po dziś dzień most Tyberiusza z I wieku naszej ery. Warto zajrzeć do świątyni Sigismonda Malatesty (kościoła Św. Franciszka), jak i nowo otwartego miejskiego muzeum. Około 25 km na wschód od Rimini, na tytanowej górze, położone jest San Marino. Urocza stolica starej republiki, antycznej osady rzemieślnika Marina, który przybył tutaj w około 311 roku, by utworzyć enklawę wolności religijnej. Dziś ewidentnie współcześni mieszkańcy San Marino istnienie republiki odnoszą do zupełnie innych wartości. To państwo dziś żyjące z turystyki i handlu, głównie alkoholem, kosmetykami, galanterią skórzaną, jak i biżuterią. Jednodniowy spacerek wąskimi, kamiennymi uliczkami stolicy republiki, położonej na wysokości ok.700 metrów n.p.m., z pewnością będzie wyczerpującą atrakcją dla nas i naszych zasobów finansowych. Specjałem alkoholowym San Marino jest Amaretto (likier migdałowy), które można degustować w każdym sklepie alkoholowym, jak i inne napoje wyskokowe (uwaga! - zauważam, że ceny alkoholu w S. Marino, są wyższe jak w sklepach na terenie Italii).
Z Riminii w około godzinę jazdy pociągiem można dojechać do Rawenny. Najstarsze mozaiki bizantyjskie zachowane na świecie ( VI wiek), dotyczą właśnie tego miasta. Niegdyś stolica imperium zachodniego, gdzie w czasach cesarza Teodoryka była przykładem niespotykanej symbiozy religijnej Arianów, ortodoksów chrześcijańskich i ludów łacińskich.
Opis mój nie jest absolutnie wyczerpującym zagadnienia Italii. Należy wspomnieć o stojącej na lagunie Wenecji i jej bliskich wyspach: Murano z hutami szkła artystycznego, Burano słynącego z koronek i szlifowanego kamienia.
Ukochana Padwa Kochanowskiego i innych poloników - mieście, w którym znajduje się arka dramaturga i doktora kościoła – Św. Antoniego.
Dramatyczna Werona – z areną i balkonem Julii.
Piza, którą kojarzymy z wiecznie pochyloną dzwonnicą i niesamowitą akustyką baptysterium na Placu Cudów.
Prastara Toskania, świata Etrusków i księstwa Medyceuszy.
Terakotowa Umbria z perłami architektury średniowiecza i świętością Franciszka.
Bolonia, która kocha i uczy – „la Dotta”.
Rzym w grubych księgach opisany, od matki wilczycy wykarmiony, lemieszem Romulusa i orężem cesarzy w historii grawerowany.
W moim opisie uwagę zwracam na południe Włoch, ponieważ statystycznie niewielu nas tam było.

Sylwester Legut

 góra strony




Koszyk jest pusty
Zaloguj się:

adres e-mail:

hasło:
   
« Zarejestruj się
Wpisz pobrany
kod dostępu:
 
Polecamy:
















Google
    
UWAGA! Ten serwis używa plików cookies i podobnych technologii, proszę zapoznać się z polityką prywatności platformy edukacyjnej eduskrypt.pl
ZAMKNIJ