eduskrypt.pl - platforma nominowana do WORLD SUMMIT AWARD 2007

Poeci też wracają do swoich ojczyzn, jak ptaki.

Adam Lizakowski – poeta nostalgiczny

„ Poeci też wracają do swoich ojczyzn, jak ptaki ”

Najnowszy, zabarwiony szczególna nuta nostalgii, zbiór wierszy Adama Lizakowskiego opatrzony metaforycznym tytułem „Dzieci Gór Sowich”, ukazał się w dwudziesta piątą rocznicę wyruszenia w świat poety z dolnośląskich Pieszyc. Wydawca tomu został tamtejszy Miejski Ośrodek Kultury w Piławie Górnej, najwyraźniej dumny, tak jak całe środowisko Dzierżoniowa, z dokonań swego krajana, który w dodatku okazuje się do swoich korzeni prawdziwie przywiązany.„Większość wierszy – czytamy we wstępie Beaty Hebzdy - Sologub – zamieszczonych w tym zbiorze powstało w małej ojczyźnie poety pod wpływem doznań, jakie w ostatnich latach obudziły w nim pobyty w Polsce. Przyjeżdża tu co jakiś czas, by odwiedzić swoje rodzinne miejsca, spotkać się z czytelnikami, opowiadać o sobie i prezentować swoja twórczość”. Co więcej, jak się dalej dowiadujemy, pan Adam „żywo angażuje się w sprawy swojej małej ojczyzny, uczestniczy w ważnych lokalnych wydarzeniach czego efektem są zamieszczone w omawianym zbiorze liczne wiersze okolicznościowe”. Jest ich istotnie w sumie tuzin, lecz to nie one, szczęśliwie, nadają ton całej publikacji, która nie przynosi zresztą nam zawodu.

Autorka nowego wyboru poezji Adama Lizakowskiego stawia we wstępie kilka charakterystycznych tez na temat ewolucji zainteresowań poety. Twierdzi, że jego poezja jest teraz ” nasączona lokalnym kolorytem Ziemi Dzierżoniowskiej, jej przeszłością i teraźniejszością, krajobraz i wtopieni weń ludzie stanowią tło poetyckich rozważań. W wierszach pojawiają się charakterystyczne i ulubione miejsca poety, szczególnie architektury, konkrety geograficzne wyrażone głównie w nazwach miejscowości położonych u podnóża Gór Sowich ( Dzierżoniów, Pieszyce, Bielawa, Kamionki, Piława Górna, Rościszów, Walim).” Wszystko to po części prawda, wciąż jednak mamy do czynienia z odmiennym przypadkiem niż, jak można byłoby mniemać, z przejściem znękanego tułaczka emigranta, po powrocie na swojej małej ojczyzny łono, do typowej „poezji regionalnej”.

Jednym z wątków zbioru „Dzieci Gór Sowich” jest rzeczywiście dość naturalny i doskonale zrozumiały obrachunek poety z samym sobą i nagromadzonymi przez dwie i pół dekady emigracji sprzecznymi emocjami. Oczekiwaniami, jakie zapowiadała emigracja na Zachód i do Ameryki, a gorzkim spełnieniem tego mocno wyidealizowanego marzenia. Nie stoi to w żadnej sprzeczności ze słuszną obserwacja, ze w pewnej części tego zbioru „ bohater liryczny tych wierszy przemierza sowiogórskie szlaki poszukując swojej młodości i zagubionego czasu „– jak pisze Beata Hebzda- Sologub – „Ulega urokowi gór, z zachwytem przygląda się stuletniej wieży widokowej na Wielkiej Sowie, zwiedza sztolnie dawnej kopalni srebra Silberloch usytuowanej na trasie z Walimia na przełęcz Walimska. Lizakowski próbuje nadrobić wszystko, co przez lata zostało zagubione na emigracji, uchwycić barwy lata, delikatny powiew wiatru, szelest liści, szmer strumyka, glos kukułki, bzyczenie pszczół. Urzeka go przestrzeń opalizująca kolorami, zapachami i światłem. Ozywa w nim fascynacja natura, która dusza i umysł chłoną łapczywie. Pojawiają się ślady osobistych wspomnień, które prowadza do dojrzałych refleksji nad własna droga życiowa.”

Nawiązuje do polskiego wprowadzenia nie tylko dlatego, że stara się ono zaoferować uzasadnienie dla wyrazu wdzięczności, jakim jest ta publikacja, środowisk Dzierżoniowa i okolic, za powrót Adama Lizakowskiego do miejsc jego życiowego startu, także w sensie twórczym i duchowym. Czynie to przede wszystkim dlatego, że mamy dogodną sposobność skonfrontowania naszej własnej percepcji tego, co uosabiał dla nas przez lata Adam Lizakowski i jego twórczość , z tym, jak bywa on teraz odbierany w kraju, i to przez szczególne środowisko, z którego w końcu wyrósł. Ta lekcja wiedzie do dość ciekawych konstatacji, chociażby takich, jak patrzy na emigracyjna twórczość, jej przesłanie i sens, młodsze zdecydowanie pokolenie, które żyje teraz w dość innej Polsce ( i być może nie do końca rozumie racje, jakie kierowały również samym Lizakowskim, kiedy szukał dla siebie miejsca na Zachodzie, w roku 1981). Jak reaguje na jego powrót w rodzinne strony, i czego w istocie szuka w jego dokonaniach, człowieka „okrakiem zaczepionego w dwóch tak odległych światach”, jak Polska i Ameryka. Sam poeta dorzuca zresztą do tej całej debaty swój przysłowiowy grosz, ujawniając na tylniej okładce książeczki zachowany we własnym archiwum dawny list rekomendacyjny Czesława Miłosza ( z roku 1989), skierowany do Marka Skwarnickiego w Krakowie, w którym to nasz noblista przyznaje się do intencji wykreowania Lizakowskiego na „poetę emigracyjnego pokolenia po roku 1980”. Dowiadujemy się też, że Miłosz kierował się chęcią, aby Lizakowski mógł stać się „brutalnym głosem jego bólów”, a także potrzebna „odtrutka na literackość” za sprawa „mięsa rzeczywistości”, które u tego poety znajduje pod dostatkiem ...

Spójrzmy zatem również i z tej perspektywy na „Dzieci Gór Sowich”, a dostrzeżemy o wiele lepiej rzeczywiste, ukryte autorskie ostrze najnowszego zbioru, bo nie jest on, fortunnie, spowinowacony z żadna kurtuazyjna laurka dla „pieszyczan” czy „dzierżonowian”, choć zawiera na wstępie serie sympatycznych gestów poety dla środowiska „malej ojczyzny”, które za sprawa ostatnich wizyt w Polsce zdecydowanie odkrył, dla siebie, na nowo. W skład tego tomiku wchodzą bowiem, jak się zaraz okaże, nie tylko już zaanonsowane wiersze okolicznościowe, odbicie świeżych kontaktów z instytucjami i osobami w dzisiejszym Dzierżoniowie i Pieszycach. Podobnie, nie wypełniają go wyłącznie strofy powstałe z natchnienia „przemierzania sowiogórskich szlaków”. Są tu w końcu nie tylko pojedyncze wiersze, ale wręcz cykle pochodzące ewidentnie z różnych lat i rozmaitych etapów poetyckich poszukiwań Adama Lizakowskiego, przede wszystkim w Ameryce, tak jak znajdujemy również ślady podróży z ostatnich lat po Europie, świecie antyku – Grecji i Italii, Francji, czeskiej Pradze, wreszcie dzisiejszym Wiedniu. Natrafimy na ciąg przewrotnych poetyckich listów, stanowiących formę osobistych przemyślan na pewne szczególne tematy, w odpowiedzi na prośby bliskich mu korespondentów z rodzinnego gniazda, pytających np. o pomarańcze i kaktusy, pustynie i tania whisky, Baje California i Złote Wrota San Francisco...

Wypadnie wreszcie wspomnieć o zamykającym ten tomik cyklu przekładów amerykańskich klasyków, znanego nam już Carla Sandburga, ale także świeżo przez poetę odkrytego Langstona Hughesa ( „najczarniejszego poety białej Ameryki”). Myślę, że ta zamierzona wielowątkowość ostatniego zbioru pokazuje raz jeszcze Adama Lizakowskiego w zdecydowanie ciekawym świetle, zarówno jako człowieka pióra, jak i niespokojna osobowość starająca się wciąż tak wiele nadrobić z niezrealizowanych wcześniej zamierzeń i życiowych planów. Ten wciąż trwający głód świata i przygody, coraz bardziej poza Ameryka ( ale również poza Polska) stanowi dla mnie miarę duchowej młodości poety i jego niewygasłego temperamentu „nawet” po przekroczeniu magicznej „smugi cienia” czyli przekroczenia bariery męskiej pięćdziesiątki ( której tak wielu z nas wręcz zabobonnie się lęka). Przynajmniej dla mnie - tak oto czytany jego nowy zbiór poezji stał się propozycja w pełni potwierdzająca własne oczekiwania i nadzieje, jakie od lat wiąże z tym wszystkim, czego podejmował się Lizakowski. Jest tu bowiem znów wskrzeszona z cała jego pasja szczególna osobista wrażliwość, jaka znaliśmy z jego wierszy obozowych i tych pisanych w San Francisco, przejmujące w swej prostocie próby opisu samotności oraz bólu emigracji, z daleko dojrzalsza próba wpisania siebie w rodzinny kraj i jego tradycje, co zawsze mnie ujmuje. Nie znika przy tym wcale cala sfera pytań o cel i sens życia ( w czym ogromnie pomocne okazały się wszystkie jego próby mocowania się z poezją Whitmana, Sandburga, Ginsberga czy teraz odkrytego na koniec dla siebie, Hughesa ).

Obecna jest przy tym refleksja związana z perypetiami i statusem jego emigracyjnej formacji, która nigdy nie miała u Lizakowskiego łaskawej oceny. Biorąc to wszystko pod uwagę, przyznać wypadnie Czesławowi Miłoszowi trafna intuicje mecenasa, że „autentyczność i nie-literackość” młodego poety, którego zdecydowany był przed laty rekomendować, wydały w istocie daleko ciekawsze owoce, niż noblista był wówczas w stanie przewidywać, patrząc na to z dzisiejszej perspektywy. Wyznam bowiem, ze najbardziej przemówiły do mnie i poruszyły mnie w „Dzieciach Gór Sowich” rzeczy najbardziej prywatne i osobiste, które zawsze stanowiły najsilniejszy atut pisarstwa Lizakowskiego. Chodzi o noszony w sobie z pewnością od wielu lat, wciąż płomienny „Traktat o miłości” dedykowany H.W. ( czytelnicy „Listów znad Zatoki San Francisco” będą wiedzieć doskonale o kogo chodzi ), podobnie jak o miodem i piołunem zaprawione, jak we wczesnych zbiorkach poety, obrazki z życia emigracji „ na dnie” ( „Chicagowskie sprzątaczki”), czy mocno sarkastyczny obrazek doli ludzi tworzących na emigracji („ Czekając na barbarzyńców”). Wrażenie wywiera wciąż seria refleksji nad pokoleniowymi współtowarzyszami podróży na emigracji ( „Dzieci tej samej Europy”, „Jesień 1981”, „Nowe życie emigranta”).

Nie przeczę, że szereg eksponowanych tym razem na planie pierwszym utworów ewokowanych powrotami do Pieszyc i Gór Sowich, posiada urzekająca aurę i szczera temperaturę uczuciowa ( „ Pieśń o drodze wysadzanej kasztanami”, „Wycieczka na Sowią Górę”, ”Pieśń o opłatku”, „Miasto na wzgórzu”), tak jak rzeczy dedykowane indywidualnym osobom czy placówkom, z którymi poeta był blisko związany („ Czasem ludzie najbardziej pragną wiatru”, „Pięknie coś odkryć samemu”, „Gra w szachy”, szczególnie zaś „Czekam na sprawozdanie z raju” – w 5 rocznicę śmierci Zbigniewa Herberta ). Podobnie, pozostaje pełen podziwu wobec sztuki przyswojenia w naszym języku serii poetyckich portretów ludzi trudu, takimi jak naszkicował ich Carl Sandburg, a tak błyskotliwie przedstawił na nowo Adam Lizakowski, za sprawa podobnej chyba wrażliwości i życiowej filozofii ( „Jack”, „Most z ulicy Clark”, „Para”, „Terrorysta”). Analogicznie ma się rzecz z przekładami jakże lapidarnego Langstona Hughesa, którego biografia, nie tylko poezja, daje wręcz szokujący w szczegółach materiał do przemyśleń.

Zaiste, wyjątkowo wiele w tym tomiku tonów osobistych, tematów, problemów, przemyśleń i wzruszeń, a niekwestionowanym ich łącznikiem przewodnie przeświadczenie, iż „prawdziwie sobą może być jedynie tam, gdzie jest nasz dom”, a w przypadku autora wierszy, gdzie droga do Dzierżoniowa wysadzana kasztanami, kwitnące sady czereśniowe, rzepakowo-buraczane pola, gdzie słychać szum górskich potoków, gdzie pachną jabłka, pomidory i kiszona kapusta, a żółty koper zgina głowę na wietrze” – jak podsumowuje to autorka pieszyckiego wyboru. Czy tomik ten zwiastuje postanowiony już na dobre powrót autora do krainy Gór Sowich, jak pisze w wierszu „Pochwała podróżowania”: „ wędrówka dobiega końca / wkrótce będzie ćwierć wieku emigracyjnej tułaczki/ wracam tam, gdzie są groby bliskich: ojca i matki /do swoich korzeni z twarzą skierowana do słońca” ?

Wojciech A. Wierzewski

Polish Daily News/ Dziennik Związkowy

Kwiecień 2007/Chicago

Adam Lizakowski : „Dzieci Gór Sowich”, Studio Edytor, Miejski Ośrodek Kultury. Kultury w Piławie Górnej, 2007, stron 208.

 góra strony




Koszyk jest pusty
Zaloguj się:

adres e-mail:

hasło:
   
« Zarejestruj się
Wpisz pobrany
kod dostępu:
 
Polecamy:
















Google
    
UWAGA! Ten serwis używa plików cookies i podobnych technologii, proszę zapoznać się z polityką prywatności platformy edukacyjnej eduskrypt.pl
ZAMKNIJ