eduskrypt.pl - platforma nominowana do WORLD SUMMIT AWARD 2007

Jak być terapeutą własnego dziecka?

Macierzyństwo to ogromne wyzwanie dla kobiety - podwójne, gdy dziecko jest chore, a matka, poza podstawową opieką, musi podjąć się roli jego terapeutki. Nie wszystkie kobiety są przekonane, że jest sens angażować się jako terapeutki własnych dzieci i nie wszystkim to się udaje. "Pozytywne jednoczesne doświadczanie macierzyńskie i terapeutyczne jest możliwe tylko wtedy, gdy udaje się zintegrować treść ról matki i terapeutki, traktując rehabilitację dziecka jako jeden z elementów macierzyństwa" - mówi dr Ewa Sokołowska, psycholog z Uniwersytetu Warszawskiego (UW).

PODWÓJNE WYZWANIE – MATKA I TERAPEUTKA

Dr Ewa Sokołowska z Zakładu Wychowania i Rozwoju Wydziału Psychologii UW jest autorką badań dotyczących integrowania wewnętrznych głosów matki i terapeutki, prowadzącej usprawnianie ruchowe dziecka.

Psycholog przeprowadziła wywiady z 55 kobietami, matkami 3-latków, które rehabilitowały swoje dzieci metodami Vojty i NDT Bobath wykorzystywanymi w usprawnianiu ruchowym dzieci, z grupy ryzyka wystąpienia mózgowego porażenia dziecięcego (mpd).

Metody te, choć skuteczne, powodują u dzieci nieprzyjemne odczucia. W metodzie Vojty rehabilitant unieruchamia głowę, łokieć, pośladek i stopę dziecka, a ono próbuje się wyzwolić z tego położenia. Powoduje to jednak płacz i zestresowanie nie tylko u wielu maluchów, ale także u niektórych zaangażowanych w rehabilitację rodziców.

"Obie metody wymagają przeszkolenia rodziców, którzy uczą się, jak prawidłowo rehabilitować dzieci. Efekty ich pracy są sprawdzane podczas wizyt kontrolnych przez neurologów i profesjonalnych rehabilitantów" - tłumaczy dr Sokołowska.

Dzieci, z których mamami rozmawiała dr Sokołowska, należały do tzw. grupy wysokiego ryzyka mpd - urodziły się z niską punktacją Apgar i od urodzenia były pod opieką neurologa. "To były dzieci z grupy ryzyka, co oznaczało, że u 3-5 proc. było prawie pewne, że będzie się mierzyło z mózgowym porażeniem dziecięcym. Ale 97-95 proc. z nich być może nie wymagało już tak intensywnej rehabilitacji. Matki, godząc się na samodzielną rehabilitację tymi metodami, nie wiedziały jaki będzie jej efekt. Zdecydowały się na pracę, ponieważ we wstępnym etapie rozwoju dziecka można próbować normalizować napięcie, przeciwdziałać ewentualnym przykurczom, czy deformacjom, czyli starać się aby dziecko osiągnęło pewne maksimum w rozwoju ruchowym" - tłumaczy psycholog.

Sokołowska wybrała kobiety, które ćwiczyły systematycznie z dziećmi, od momentu uzyskania pierwszej diagnozy - czasami było w trzecim tygodniu życia, a czasami w czwartym miesiącu. "Interesowało mnie, jak z perspektywy czasu te kobiety widzą swoją pracę z dziećmi i jej sens" - mówi dr Sokołowska.

TRZY SPOSOBY ZAANGAŻOWANIA

Każdej z tych kobiet inaczej udało się połączyć rolę matki i terapeutki. Można je podzielić na trzy grupy - niektórym udawało się w pełni połączyć rolę matki i terapeutki, innym częściowo, a u niektórych te dwie role zupełnie się rozmijały.

Sokołowska analizowała wypowiedzi tych kobiet - w zależności od stopnia integracji z rolą terapeutki opowieści były nacechowane w różny sposób.

ROLE W PEŁNI ZINTEGROWANE

"Kobiety, u których w pełni zintegrowały się role matki i terapeutki były przekonane, że warto było podjąć ten trud. Choć czasami nie znajdowały zrozumienia u rodziny - dlaczego tak +męczą+ swoje dzieci, to przez to dużo radości czerpały z opinii rehabilitantów i neurologów, chwalących postępy w rozwoju dzieci" - mówi psycholog.

Jak podkreśla, one płynnie włączyły tą nową rolę w swoje macierzyństwo - nie miały żadnych dylematów i rozterek dotyczących kompetencji swego postępowania. Nie zastanawiały się, czy poradzą sobie z tą sytuacją, czy właściwie wykonują ćwiczenia i nie robią krzywdy dziecku. Po prostu były przekonane, że muszą podjąć się tego trudu.

Zdaniem psycholog, opowieści matek były jednoznacznie budujące."Warto było. Spociłam się, umordowałam, ale mam poczucie, że sprostałam wymaganiom" - cytuje kobiety Sokołowska.

W ich języku dominowała sprawozdawczość, pozytywne emocje i motywacje. Wywód był spójny. Posługiwały się argumentacją zaczerpniętą wprost od fizjoterapeuty, cytując często jego wypowiedzi. Brak było u nich sprzeczności, co do reguł i sensu postępowania, a widoczna radość i poczucie spełnienia.

"Tak jak z perspektywy patrzę, to ja nie uważam, że to jest stracony czas. Czy on mógłby to osiągnąć, gdyby tego nie było? Nie mogę tego tak powiedzieć. Nigdy w ten sposób tak nie myślałam. - Myślę, że nie, a jednak - no nie. Gdybym tak nie myślała, to bym tego nie robiła, a robiłam to. Warto było" - psycholog przytacza wypowiedź jednej z mam.

TRUDNOŚCI W POGODZENIU RÓL

Druga z wyodrębnionych grup matek nie była w pełni pogodzona z tą podwójną rolą. "Mówiły: +Matką jestem - więc ćwiczyłam, ale serce mi tak krwawiło. Potem po tym ćwiczeniu to on do mnie tak ręce wyciągał, nareszcie mogłam go przytulić. Wtedy czułam, że naćwiczyłam się, namęczyłam, namordowałam i on też, ale teraz mamy czas dla siebie na przytulenie. Ja mu krzywdy nie dam zrobić. Moje ręce są lepsze niż rehabilitanta - on jest jednak obcą osobą. Może i jest wyćwiczony na tej medycynie, ale to moje dzieciątko+" - przypomina Sokołowska.

Tu na poziomie językowym było widać wyraźnie dialog serca z rozumem. Matki miały poczucie, że robią przykrość dzieciom, zadają im ból - choć dla ich dobra, ale kiedy wracały do roli matki starały się wynagradzać im to - okazywały bardzo dużo miłości i czułości. O ile przy rehabilitacji okazywały stanowczość przymuszając do pewnego działania, to rezygnowały z tego np. podczas karmienia, gdy dzieci nie chciały jeść.

Psycholog wspomina wypowiedź jednej z kobiet, która mówiła: "Emocjonalnie jest to bardzo obciążająca terapia. Ja jestem zdruzgotana. Walczę z własnymi słabościami psychicznymi, że dziecku mogą zrobić krzywdę. Czuję straszne opory, strasznie mi jest go szkoda. Płacz dziecka jest zawsze taki rozczulający dla rodziców, ale ja muszę to robić. Ociągam się, nie zawsze robię to punktualnie... Wiedziałam, że ja to muszę robić i to jest dla jego dobra. Jak się zaczęły pojawiać efekty tego zrywu - tzn. on zaczął nadrabiać te zaległości - głowę dźwigać, zaczął się ruszać w tym łóżeczku, to było lepiej? To było ważniejsze, że to ja byłam. To było takie minimalne poczucie bezpieczeństwa".

Dr Sokołowska podkreśla, że w tej grupie znajdowały się również mamy, które nadmiernie identyfikowały się z dzieckiem. O ile w pierwszej grupie kobiety potrafiły rozdzielić siebie i dziecko jako osobne postaci, co uwidaczniało się na poziomie słownym - np. "ja ćwiczyłam, ono płakało", o tyle tu mamy używały pierwszej osoby liczby mnogiej - "jedliśmy, ćwiczyliśmy".

BARIERY NIE DO POKONANIA

Inne z matek zupełnie nie potrafiły odnaleźć się jako terapeutki własnych dzieci. Jak wyjaśnia Sokołowska, był to dla nich bardzo duży stres psychiczny, a przez to macierzyństwo zaczęło się jawić jako trudne i skomplikowane. "Przestraszyły się - miały do tego prawo, ale ten strach w nich pozostał" - mówi psycholog.

Wypowiedzi tych kobiet nacechowane były negatywnymi pointami - nie warto było podejmować tego trudu - zarówno w przypadku, kiedy terapia przyniosła skutek, jak i kiedy nie było rezultatu. "Mamy uważały, że nie warto było ćwiczyć. Ich wypowiedzi nacechowane były brakiem sprawczości. To kobiety, które terapia kompletnie wyzuła z sił w sensie emocjonalnym. One zapłaciły ogromną cenę za to, że zaangażowały się w rehabilitację swoich dzieci. To matki, które same wymagały pomocy psychologa" - wyjaśnia.

Dr Sokołowska wspomina jedną z takich opowieści. "Vojta jest bezwzględny dla dzieci i dla rodziców też. Ci, którzy nie są przygotowani, w jakiś sposób psychicznie, to uważam za całkowicie niemożliwe, żeby to samemu wykonywać. To taka ingerencja we wszystko. No dla mnie to po prostu było okropne. Ja strasznie się bałam tego Vojty, ale myślałam, że mu pomoże".

Jak mówi Sokołowska takie matki często są niemalże wypalone w sensie macierzyńskim. "Bardzo często są w depresji a przynajmniej mają silne objawy psychosomatyczne. One złamały się, zmusiły do działania wbrew sobie, a nie odniosły sukcesu. Rehabilitacja zmęczyła je, a przez to oddaliła od dziecka" - mówi.

A jeśli jednak okazuje się, że ich dzieci są zdrowe, to i tak zastanawiają się czy jest to zasługa rehabilitacji, czy dziecko samo sobie poradziło.

KAŻDA MATKA JEST INNA

"Zastanawiałam się, dlaczego niektórym matkom rehabilitacja się wpisuje tak pięknie w ich rolę matki, a innym nie" - mówi dr Ewa Sokołowska. Przeprowadzone badania pozwoliły jej na nazwanie i określenie trzech wzorców matek:

* humanistycznego - polegającego na pełnej kontroli po stronie dziecka i zakazie wywierania na niego jakiejkolwiek presji (wygląda to jakby nie wolno było podejmować żadnych działań rehabilitacyjnych)

* behawioralnego - objawiającego się pełną kontrolą ze strony dorosłego i uprawnieniem do wywieranie przez niego presji (widać że działania rehabilitacyjne należy podejmować).

* dwupodmiotowego - polegającego na kontroli w imię wartości ulokowanych na zewnątrz obojga podmiotów i mechanizmów wywierania presji w imię dobra (działania można podejmować ale po rozważeniu ich sensowności).

"Pierwszy wzorzec oznacza to, że niektóre z matek myślą, że dziecka nie można męczyć na siłę, jeśli nie będzie mu się przeszkadzać, to +ono pójdzie w górę+. W drugim matki uważają, że dziecko trzeba wdrożyć do pewnych zajęć, natomiast w trzecim przypadku trzeba rozważyć za i przeciw korzyściami dla matki i dziecka - np. sposobem, w jaki matka traktuje macierzyństwo, czy ma świadomość tego, co robi dla dziecka i jaki jest sens jej działania" - mówi dr Sokołowska.

Jak dodaje, z integracją roli matki i terapeutki mamy do czynienia w przypadku drugiego i trzeciego wzorca.

PAP - Nauka w Polsce, Bogusława Szumiec-Presch

 góra strony




Koszyk jest pusty
Zaloguj się:

adres e-mail:

hasło:
   
« Zarejestruj się
Wpisz pobrany
kod dostępu:
 
Polecamy:
















Google
    
UWAGA! Ten serwis używa plików cookies i podobnych technologii, proszę zapoznać się z polityką prywatności platformy edukacyjnej eduskrypt.pl
ZAMKNIJ